WDZYDZE

Celtic Tree - Wdzydze Kiszewskie 2012
Celtic Tree - Wdzydze Kiszewskie 2012

Celtic Tree – Wdzydze Kiszewskie 2012

…O Przypadkach Celtic Tree, Muzykanctwie i Wyprawie do Wdzydz Kiszewskich na Dni z Bazuną…

Posłuchajcie opowieści o wyprawie grupy wielce wesolutkiej, co w stronę północy wyruszyła na przeznaczenia swego spotkanie, a ku uciesze swej własnej jako i z nadzieją na przyniesienie uciechy inszym bytom człowieczym przez muzyki uprawianie!

Bez chustki do nosa, przez siłę muzyki wypchnięci za próg domu, jako mają w zwyczaju zaczynać się przygody, Agnieszka, Fojciu oraz skromna osoba narratora tejże opowieści, Jakubka, prosto na kolejowy szlak do Trójmiasta ruszyła, gdzie Dobra Pani Iri wyczekiwać miała strudzonych muzykantów. Któż jednak poznał niebezpieczeństwa Polskich Kolei Państwowych i przepastny cień czający się za każdym zakamarkiem szyn orkowego żelaza, ten wnet mógł odgadnąć tragiczny wędrowców los – wpół drogi, w miejscowości o złowieszczej nazwie Morzeszczyn, ciężarny wehikuł wstrzymano, gdyż – jak zwykli niedoinformować tajemniczy kolejarze -„trakcja uległa awarii”, i że prędzej przez owe ucho igielne się z tymi wszystkimi plecakami i instrumentami się przeciśniemy, nim maszyna ruszy w dalszą drogę.

Debatom nie byłoby chyba końca, jak wykaraskać się z tej niezręcznej sytuacji, gdyby nie szczęśliwy traf. Losu zachcianki w swej naturze bywają zaskakujące – czasem przeto bywa, że i to Księżniczka na pomoc Księciu (i świcie jego) wyruszy. Wkrótce, po niebiesie samym sunąca Justyna, a bliska sercu mości Fojciowi, na ratunek drużynie przybyła samochodem, prosto z wokalnych warsztatów bieżąc, w których uczestniczyła – jak zadecydował ten sam figlarny los – zaledwie garść kilometrów od miejsca tych dramatycznych pociągowych zdarzeń. Wdzięczni wówczas opatrzności, a o pokrzepionych sercach, w dalszą drogę ruszyliśmy autkiem, od zła wszelkiego na drodze skutecznie stroniąc, a do celu szczęśliwie docierając.

Wygłodniali wobec muzyki i strawy, przystąpiliśmy do próby, ostatnie te chwile brzmieniami wypełniając przed drogą do Wdzydz Kiszewskich. Ach, jakże malownicze to ziemie, a urodzajne, a uroku pełne! Uzyskując zakwaterowanie i napełniając żołądki miejscowymi przysmakami, gotowi byliśmy czynić muzykę.

Wieczór był późny, zaś mroźne północne wichry dawały się we znaki, rozstrajając instrumenty – i instrumenty tylko, bo i zapału naszego, ni przepięknej reakcji zebranych płomienia stłumić nie zdołały! Choć i ciasno na scenie, i w pośpiechu, by Agnieszka nasza na pociąg powrotny zdążyła – grało nam się znakomicie, a w dużej mierze za sprawą żywiołowej publiczności, która co rusz okrzyki, tańce i oklaski szczodrze nam darowała. A jakości publika była najwyższej – nawet z samego przeto państwa Kataru znajoma twarz zdecydowała się przybyć, by w muzyce festiwalu radości szukać. Tak też, po dwakroć bisując, uniżenie przyszło nam dopełnić muzykanctwa i wnet naszą skrzypaczkę na dworzec podwozić, by ta nieść mogła muzykę jeszcze dalej. Cudny był to wieczór, za który też wszystkim zebranym jesteśmy wdzięczni!

Podobni nam awanturnicy też muszą czasem odpocząć – sen, leniwe spacery nad jeziornym wybrzeżem, wreszcie też przejażdżka rowerem wodnym i robinhoodowskie gonitwy pośród drzew – dzień drugi minął nam na wyczekiwaniu wieczoru, który znów przyniósł nam radość spotkań ze znajomymi oraz mnóstwo muzyki pozostałych zespołów festiwalu, które w serducha trafić potrafią. Wierzajcie mi – ja sam tam byłem, to i owo piłem, a com się w gwiazdy nad wdzydzkim horyzontem napatrzył, to moje!
Jakubek