POLANA I BOLCZÓW

Celtic Tree - Palana 2012

27 lipiec… niby zwyczajny dzień… dla mnie rozpoczął się o 5 rano. „Do pracy rodacy” i to w tempie odrzutowca. Wszystko to dlatego, że zaraz po opuszczeniu worku, ulubiona ekipa o roboczej nawie The Elfiks Three wyrusza ponownie w trasę. Tym razem skład trzyosobowy. Agnieszka- skrzypka nasza postanowiła choć raz poczuć się najwyższą i wyjechała do kraju, gdzie średnia wzrostu wynosi tyle co długość gitary basowej- do Mongolii. Tak więc porzuceni, smutni, bez violinowych efów na pokładzie mięliśmy przeżyć kolejną przygodę.

Celtic Tree - Palana 2012

Celtic Tree – Palana 2012

Wyprawa rozpoczęła się praktycznie ok. 13 godziny kiedy to wracając z pracy zwinąłem w okolicach Radia Maryja Kubę… Nie pytałem z dyskrecji co on tam robił i dlaczego ukradkiem chował malutki breloczkowy moherek, jaki można zakupić w toruńskich kramikach z pamiątkami. Już chwilę później z dworca Toruń Wschód do Fojciomobila podjęliśmy Irlandię. Zdecydowanie poczuliśmy głód, co poskutkowało przejazdem do Fojciowej gawry na obiad. Szybkie pakowanie, i już przekręcamy kluczyk Fojciomobila. Towarzyszką naszej doli tym razem jest moja połóweczka Justyna, która to jedzie z nami do Wrocławia, skąd pomknie ku swym rodzicielom.

Trasa wiodła przez wspaniałe kraje i miała być całkiem długa. Marzyliśmy aby dojechać przed północą. Tradycyjnie zatrzymaliśmy się na obrzędowy quick obiad w niemiłosiernie zapchanym MakDonaldzie. Tuż po zmroku dotarliśmy do Wrocławia na dworzec. Tutaj opuściła nas Justyna choć nie odmówiliśmy sobie zwiedzania, świeżo wyremontowanego dworca. Czuliśmy się jak w jakimś pałacu i zgodnie stwierdziliśmy,  że warto by tu prowadzić wycieczki.

Dalsza droga upływała nam przy dźwiękach polskiego Radia III. Mamy ostatnio szczęście podróżować w czasie jakichś ważnych wydarzeń sportowych o randze światowej. Gdy jechaliśmy na Pasterskie Anioły był finał Euro. Teraz otwarcie Olimpiady w Londynie. Jak zwykle można liczyć na nieobliczalną wyobraźnię komentatorów radiowych, ich nieprzewidywalne słowotwórstwo i podzielność uwagi, za którą nigdy nie nadążamy. Im zaś  pozwala na mówienie w jednym zdaniu o trzech rzeczach naraz. Cały klimat rozpoczął się właśnie od ich komentarza. Panowie wyraźnie naczytali się trylogii Tolkiena i wszystko co widzieli porównywali do obrazków, które my tak dobrze znamy. Widzieli więc jak Saruman i jego Orkowie opanowywali płytę stadionu, jak palili wszystko co ich otacza, całe piękno i zieleń. Mówili jak bardzo brakuje im piekielnych czeluści gdzie straszliwe Trole, Gobliny i Orkowie wykuwali swoje zbroje i miecze no i pojawił się nawet Gandalf Biały wybawca… Powtórzyć to potrafi chyba tylko Kuba…

W międzyczasie trasa stała się kręta, wąska, porośnięta tunelem drzew i krzewów oraz piekielnych czeluści, w które staraliśmy się nie wjechać. Nagle praktycznie z  nikąd pojawiły się gęste mgły, dziwne światła na horyzoncie i nad drogą jakby z nikąd, wyrósł ogromny, papierowy księżyc… do tego ciemno, w kabinie tylko świecące zegary. Tak z głupia frant  wyłączyliśmy te radiowe ryki, żeby obserwować to w ciszy. Pomysł był trafiony w 200%. Jechaliśmy jakbyśmy wjeżdżali w baśń. Nikt nie mógł wydusić słowa ale zdołaliśmy jeszcze resztką woli kliknąć tajemny przycisk na odtwarzaczu CD. Wewnątrz skrywała się płyta z dźwiękami, które najwyraźniej czekały na tę chwilę. Sprawiły, że na skórze pojawiła się gęsia  skóra, a po plecach harcowały dreszcze. Preisner i jego Requiem. Jechaliśmy tak długo, bez słów. Fojciomobil mimowolnie zwolnił i płynął jak ten trolejbusowy batyskaf z piosenki. Nie zauważyliśmy nawet gdy niemal u celu wjechaliśmy na drogę z zakazem wjazdu. Już chwilę potem zorientowaliśmy się dlaczego. Gdy 15 metrów przed nami, jadąc drogą przypominającą półkę skalną, z lewej góra, z prawej przepaść, nagle ujrzeliśmy z trwogą, że nie ma połowy drogi i w źrenicach zaświeciły nam owe czeluście tej drogowej wyrwy. Na hamowanie było zbyt późno. Prowadziłem, a z tyłu usłyszałem tylko jak Iri nabrała gwałtownie powietrza, jakby chciała krzyknąć, jednak uwięziła dźwięk w gardle. Kuba zdążył jedynie złapać się deski rozdzielczej i prawej rączki. To podobno Iri szeroko otwiera oczy… Kuba tym razem ją pobił. Jedna sekunda dzieliła nas od katastrofy. Zjechałem do lewej do granic Fojciomobila. Przypomniała mi się typowa droga z Irlandii, gdzie lusterkiem nieustannie drapiesz po pionowej ścianie zieleni, która wyrasta bezpośrednio z krawędzi asfaltu, pozostawiając w gęstym dywanie liści wyrwany pasek po lusterkach. Nie wiem co Się stało. Nie słyszałem silnika. Przez moment czułem się jak pilot samolotu, który trzeba poderwać do lotu, przed nieubłagalnie zbliżającym się końcem pasa startowego. Obraz jak na zwolnieniu… Kuba i Iri przykleili nosy do bocznych szyb zerkając przepaści głęboko w paszczę, przesuwając głowy za umykającą pod nami dziurą.  Kolejną sekundę potem Preisner zafundował nam ostry akcent. Iri uwolniła westchnieniem stłumiony krzyk, Kuba zamknął oczy, ja poczułem w krtani pulsujący nadmiar adrenaliny. Sprzęgło wciśnięte do oporu, silnik niemal bezgłośny, prędkość płynącego kajaku. Przez chwilę nikt się nie odzywał. Zapytałem czy wszyscy są cali i czy widzieli to co ja… Skinęli głowami…. Przez kolejną minutę ciszy każdy zastanawiał się jakim cudem. Nasz piosenka, że największe cuda dzieją się w ciszy momentalnie nabrała kolejnego nieznanego nam dotąd znaczenia. To był nasz Mordor… Przebyliśmy go… A trasę okrzyknęliśmy nazwą Rajdu Toruń-Mordor. Chwilę potem skończył się asfalt. Jakimś duktem dojechaliśmy do schroniska gdzie był jakiś zlot. GPS zgubił drogę. Tam uzyskaliśmy jednak wskazówki jak dojechać do Szwajcarki. Niewiele ponad 20 minut potem byliśmy na miejscu. Było po północy.

Otworzyłem drzwi, jakiś kolega pokazał nam gdzie mamy się zatrzymać i zaparkować. Chwilę potem zgasiłem silnik i już wiedzieliśmy że jesteśmy, i że będzie magicznie. W oddali płonęło całkiem spore ognisko przy którym kłębiło się sporo ludzi. Dobiegały całkiem wyraźne dźwięki gitar, fletu i śpiewy. Obejrzałem się w lewo i zamarłem. Ujrzałem lecące ciało… Kurde- czy nic nie może dziać się wolniej? Zdążyłem ujrzeć zarośnięty ryjek i zanim mój mózg połączył tę wizję z właściwym nazwiskiem coś przywarło do mojej szyi wrzeszcząc FOJCIUUUUUUU!!!!!!! To był kochany Jerzu. Domyśliłem się bo kłuł mnie zarostem 😛 Po czym szybko znikł. Następnego dnia już tego nie pamiętał. Na górce siedzieli w lekkiej łunie światła, obchodzący swoje 20-lecie Na Baniowcy. Wyszliśmy obczaić teren. Biedna Gosia Łosia zdążyła zasnąć i nie sposób było ją szukać w rzędach niezliczonych namiotów. Potem szybkie migawki. Kalinka, pani Krysia, Tom Borkowski, Mysza, Leszek z Asią, Czarek, Kasia. Poszliśmy do domku za Szwajcarką gdzie w sali nr 3 czekał nas nocleg. Ta noc jednak nieprędko się zakończyła. W dużej sali nocowali Na Baniowcy z małą Indią oraz ich 20 litrowym baniakiem z cytrynówką, którą otrzymali na 20 lecie, Całusy i ludzie których mięliśmy dopiero poznać. Ponieważ szok przestrzenny po baśniowej podróży nas nieco zaskoczył postanowiliśmy  po krótkim rekonesansie położyć się w lekkim odosobnieniu na trawie i pogapić się w niebo. Gwiazd było co niemiara. Mięliśmy jednak szczęście tego dnia że dojechaliśmy w jednym kawałku i tej samej nocy niebo miało nam to udowodnić. Każdy z nas osobno i wszyscy razem widzieliśmy ten nocy swoje spadające gwiazdy szczęścia i naszą gwiazdkę zespołową. Było tego mnóstwo, a kreski na niebie, jakby ktoś z zewnątrz, ponad granatowym dachem nieba zdecydowanym ruchem rozcinał nad nami sklepienie wielkim ostrym nożem, ukazując jakieś niewiarygodne światło po tamtej stronie, sprawiło, że zastanawialiśmy się nad filozofią wszechświata… o naszym miejscu w nim, a nawet o tym, czy leżąc na tej trawie, patrzymy w górę spoczywając na planecie ziemia, czy patrzymy w dół, a to planeta swoją grawitacją nas przytrzymuje przy powierzchni :))) Nie wiem jak trafiłem do wyrka, ale wiem że byliśmy jeszcze przy ognisku i coś śpiewaliśmy przed snem.

Obudziliśmy się mniej więcej równo… po  mojej prawej Kuba, po lewej Iri. Oparliśmy głowy o ścianę. Powietrze choć rześkie z otwartego po prawej okna, pamiętało zapachem nocny zaduch imprezy… Było około 9 i zapowiadała się przyjemna pogoda. Niebawem zebraliśmy się poszliśmy upolować śniadania. Niewiele później dopadł nas Jerzu, witając się ponownie… Poprosił nas o odstawienie auta spod schroniska na parking. Autem to 5 minut, Piecho jakieś 20 i to po niezbyt przyjemnym stoku… Ostatecznie ruszyliśmy zabierając niejaką koleżankę, która potem okazała się laureatką konkursu Elkę Krąglik. Dołączyła do nas także Gosia Łosia, oczekująca swego Pawła. Z nim zaś miał dociągnąć jeszcze Radek Partyka. Zasiedliśmy więc w Fojciomobilu, Gosia w bagażniku 😛 Z wycieczki na parking zrobiła się wycieczka do sklepu. Postanowiliśmy zaopatrzyć się w nie mdłe trunki oraz wodę. Zaraz potem pojechaliśmy na wspomniany parking, ale po drodze napotkaliśmy jakieś dziewcze. Szła z plecakiem i wyglądała na zmęczoną…. Nie sposób było się nie zatrzymać. Postanowiliśmy ją podwieźć do parkingu, wydawało się że bardzo ją ucieszyliśmy propozycją. W drodze na parking okazało się że ona wędruje aż do stacji kolejowej… to daleko… nie trzeba było wiele abyśmy zmienili plany… witaj przygodo… Ku uciesze wszystkich ruszyliśmy więc o wiele dalej niż zamierzaliśmy… A jednak Bilbo miał rację: przekraczanie progu bywa niebezpieczne, zrobisz krok i ani się spostrzeżesz znajdziesz się dalej niż myślałeś… Gosia zadzwoniła do Pawła o zmianie planów i umówiliśmy się przy stacji kolejowej. W międzyczasie nasza stopowiczka Agnieszka opowiedziała nam o okolicach i gdy tylko wspomniała o ruinach zamku Bolczów, wiedzieliśmy już, że tak się nie skończy ta wyprawa na parking. Na stacji pożegnaliśmy przemiłą Agnieszkę, pootwieraliśmy drzwi i bagażnik z Gosią i oczekiwanie na Radka i Pawła postanowiliśmy umilić sobie graniem. Gdy tylko dojechali panowie, odegraliśmy Wiatraki z dedykacją dla nich i ruszyliśmy na zamek. Po drodze piliśmy wodę ze strumienia, raczyliśmy się licznymi opowieściami i o dziwo stawialiśmy kroki coraz szybciej. Zamek wyrósł nam z buszu zieleni nieprędko, ale to co zobaczyliśmy sprawiło, że szybciej zabiły nam serca. Szybko naszła nas myśl jakiż to sznureczek zdarzeń nas tu przywiódł. Pogoda była wymarzona… Choć to ruiny wchodząc w nie można było poczuć jakiegoś ducha tego co się tu działo drzewiej. Rozglądaliśmy się jak po komnatach, jakbyśmy zaglądali do czyichś pokojów, choć zamek nie posiada już sklepienia. Już chwilę potem z wieży dobiegły nas ciepłe i magiczne dźwięki Low Whistla Kuby, a niebawem zawtórował mu thin whistle Gosi. Drogę znaleźliśmy szybko. Jak bardzo żałowałem, że nie zabrałem gitary, czy bouzouki. Im głębiej wchodziliśmy w ruiny tym większy okazywał się Bolczów. Przyjemnie było siedzieć na ogromnym głazie i z niego obserwować krzątających się w dole po dziedzińcu turystów, gdy jednocześnie słychać było Whistle. Kuba w dole spotkał się z zainteresowaniem i opowiadał o fletach, o muzyce. Wybraliśmy się na jedną z zachowanych baszt, skąd rozpościerał się widok na okoliczne połacie. Niewiarygodnie piękny widok. Prawdziwy odpoczynek nas spotkał, mordki nie gubiły uśmiechu i coś w sercu tknęło jeszcze bardziej gdy do Iri podeszła pani z namalowanym aniołem na koszulce, z malutką córeczką i wręczyła nam dwie czterolistne koniczynki w podziękowaniu za dźwięki. Pomyszkowaliśmy jeszcze po zamku zwiedzając wszystkie kąty, znaleźliśmy też cudowne drzewo-enta, do którego po prostu trzeba było się przytulić. Co każdy z nas usłyszał zostawimy już dla siebie, jednak to z pewnością było jedno z Celtyckich drzew. Jaka szkoda że nie ma z nami Agi. Ciężko było wracać, ale poczuliśmy że na chwilę oderwaliśmy się od rzeczywistości i czasu, że chcemy w tym stanie pozostać aż do koncertu. Po zejściu zjedliśmy obiad i na trawce zrobiliśmy sobie próbę. Mięliśmy grać około 20 przed Słodkim całusem od Buby. W tym jednak momencie przybiegł Jerzu. Miał dziwnie zmieszany wzrok i jego zapowiedź: „…słuchajcie musze Wam coś powiedzieć, ale nie wiem jak na mnie po tym spojrzycie…” nie wróżyła nic dobrego. No i się dowiedzieliśmy. Była 16 godzina. Jerzu poprosił nas żebyśmy zagrali jako pierwsi…. O 17 8-))))))))))))) Na co dość pociesznie i szybko się zgodziliśmy… Oczywiście gdy weszliśmy na scenę się rozpadało… pamiętam że trochę nas to przez chwilę martwiło, ale po chwili nie miało to już znaczenia. Okazało się że deszcz Polanowiczom nie straszny. Część ukryła się pod wielkim drzewem, część pod namiotami, część stała pod sceną moknąc. Stał tam też Marti Krzycki z parasolem… a razem z nim 5 osób… No było to wzruszające. Zagraliśmy dość klimatyczny koncert, bo jaki mógł być po wizycie w  Bolczowie. Przed samym koncertem oświadczyliśmy tez Gosi Łosi, że dziś właśnie jest premiera naszej Niedzielnej Szkółki Whistlowej i że zagra dziś z nami. Gocha osłupiała… Oczywiście dotrzymaliśmy słowa. Początek był trudny jednak już po chwili walczyk jaki wybraliśmy hulał na całego… Na twarzy Gosi pokazał się w końcu uśmiech a gromkie brawa z pewnością zapadną na długo w pamięci… Myślę że to już będzie naszą tradycją… Oczywiście po koncercie przestało padać, czyli że mamy moc odpędzania deszczu. Potem już tylko koncerty, ognisko, zabawa, w pokoju niesamowite granie, najpierw Kuba + Tomek + Paweł, kolega który przysiadł się z gitarą i harmonijką, potem Całusy + Na Bani… Tej nocy Iri zabiła mnie na czas jakiś… poprosiłem ją o sok… wypiłem duszkiem szklankę i okazało się że był … z żubrówką… 5 minut później już spałem… potem jednak odzyskałem życie i balowaliśmy do późna. A koncerty Całusów i Chwili Nieuwagi w strugach deszczu na długo zapadnie nam w pamięci.

Niedzielny poranek to pożegnanie dwóch autobusów z Polanowiczami, śniadanie na parkingu i pożegnanie. Kuba i Iri jechali w góry, Tomek do domu.

Widzimy się we Wdzydzach. Tym razem już z Agą i choć wyjazd był bardzo bardzo udany i uduchowiony, to bez Agi już nie gramy!