FATAMORGANA W MIEŚCIE INSPIRACJI

Celtic Tree - Bakcynalia Lublin 2012

Najkrótszą drogą do Lublina…
A jaka jest najkrótsza droga z Gdańska i Torunia do Lublina? Bardzo łatwo to zgadnąć, bo dla nas wiodła przez Katowice. Zebrawszy się w silnym składzie, licząc że Jakubek dotrze do nas prosto z Poznania („szykuje się wiekopomny trad!” – no i był wiekopomny), Fojcio i Iri, pojechaliśmy do Katowic. Tam spakowaliśmy skrzypki i nawet Agnieszka też się zmieściła- tym razem nie w bagażniku.

Droga była piękna, bo jesień naprawdę złota i lasy w słońcu lśniły jak stosy dukatów. A przy drodze specjalnie dla nas….wiatraki. I stały takie zmęczone, że „piersiom drewnianym brakło już tchu”. Mijany skansen ziemi kieleckiej wystawił nam przy drodze wielką niespodziankę, w pełnym słońcu i otoczone żółto-czerwonym lasem, wiatraki wyglądały bajkowo.

Bajkowo nie wyglądała podróż Jakubka. Z Poznania jechał pociągiem, który miał dwa felery. Pierwszy feler – to awaria pociągu, nie poruszał się w ogóle od pewnego momentu (witaj wspomnienie wyprawy na Wdzydze!- doszliśmy nawet do wniosku, że jeśli już wsiądziemy do pociągu, to z pewnością się zepsuje!). Drugi feler – pociąg był pełen kibiców pewnego dzielnego klubu futbolowego. Jakubek twierdzi, że na podłodze walały się śmieci i stała nieco zastygła krew. Jednakże Jakubek zdołał się zaprzyjaźnić z barwną postacią dzielnego bijatykowicza, więc był bezpieczny i kryty. Przyjaźń owa była okupiona poświęceniem niewielkim; Jakubek posłuchać musiał opowieści o tym, jak ów heros kogoś właśnie niedawno uszkodził cieleśnie. Eeeeeeeee, nie pierwszy raz Jakubek takie opowieści słyszał. I tak do Lublina dał radę przyjechać wcześniej niż my w trójkę. A – twierdził też, że pocieszał po drodze strapioną niewiastę, ale na razie Interpol go nie szuka za ten czyn.

My zaś odbyliśmy podróż marzeń w iście długogrającym czasie… normalnie longplay… 11 godzin i spóźniliśmy się 7 minut na próbę… Szczęśliwie kompletny DoZP wskoczył chyłkiem za nas na scenę i udało się udobruchać akustyków… Wniosek…lepiej spóźniać się zawsze :PPP Jak spóźnisz się raz- masz przerąbane 😛

Na Lublin (koncert i wizytę w mieście) plany mieliśmy rozległe – przyjedziemy wcześniej… pozwiedzamy piękną ponoć starówkę…. Nawdychamy się atmosfery ślicznych kamieniczek i bakcynaliowego jodu muzycznego… pohasamy z przyjaciółmi, a potem zagramy koncercik – i będzie cudowny weekend. W rzeczywistość udało się nam na 2 godziny wyrwać wieczorem na starówkę, zaiste przepiękną, i spędzić pokoncertowy wieczór z przyjaciółmi. Próba jedna, druga, szybka wizyta w naszym miejscu noclegu na pół drzemki – i już gramy.
Zagraliśmy spokojnie, raczej w melancholii jesienno-poetyckiej (co zostało podsumowane dwoma okrzykami publiczności, z lewej strony „ostrzej!”, z prawej strony „lirycznie!” – bądź tu mądry, zupełnie jak w polityce panie- jak żyć? :P). Zagraliśmy też premierowo w celtikowym składzie piosenkę przed laty napisaną przez Fojcia, Pastorałkę’ 98 i zrobiło się świątecznie. Dam głowę, że dawało się czuć na tej lubelskiej scenie zapach toruńskich pierników… a może to był dym sceniczny? Niemniej poza tym, że było fajnie, jak mawiają, fajnie że papę zrywa z dachu, to jeszcze zafundowano nam podczas grania Jesiennej Drogi do Leluchowa przepiękne oświetlenie sceny w niesamowicie irlandzkich barwach.

Celtic Tree - Bakcynalia Lublin 2012

Celtic Tree – Bakcynalia Lublin 2012

Po koncercie nie mogliśmy odpuścić. Zebraliśmy manele w jednym miejscu zamykając szczelnie na klucz i poszliśmy na miasto… no dobra.. zjeść na miasto… Gnał nas tam zarówno głód jak i legendy o urodzie miasta. Starówka nas oczarowała, po takim koncercie poczuliśmy się jakbyśmy wykonali jakiś skok wstecz w czasie. W bramie grał na flecie jakiś starodawny człowiek, co wprawiło Jakubka w nastrój jeszcze lepszy. Wszak więcej fletów, to lepiej niż mniej. Przyszła pora na jedzonko bo w brzuchach zamiast fletów grały nam już traby jerychońskie. Niestety, czar rzucony przez Lublin zaślepił nas całkiem i nie mogliśmy namierzyć żadnej ze wskazanych nam przez miejscowych i znajomych knajp. ZAstanawiając się tak przed nami wyrosła jak zwykle znikąd Fatamorgana. Sprawdzaliśmy ze cztery razy czy to nie ułuda, ale zapach nie kłamał. A karczma ta Fatamorgana się nazywała. Gdy zmęczeni siedliśmy zjeść późną kolację, okazało się że skrzypki Agnieszce podpowiadały pomysły. Tonem zachęcającym i entuzjastycznym odpytała nas czy możemy się wziąć za nagrywanie płyty, bo ona, Aga, to we wrześniu może mieć czas… Każdy normalny kolega czy przyjaciel naszej extreme skrzypaczki wie, że coś takiego jak czas u Agi występuje z częstotliwością zaćmienia księżyca i słońca i to jednocześnie, dlatego z zaciekawieniem i rosnącym oszołomieniem słuchaliśmy jej propozycji. Pospieraliśmy się jeszcze ile musimy dopracować, potłumaczyć, przećwiczyć, pograć, prześpiewać, pozmieniać, napisać i polepszyć – generalny kierunek jest jasny, trzeba wleźć do studia. I to chyba najmilsza konstatacja po Lublinie. Konstatacja trudne słowo, ale podsumować możemy tylko tak. Znowu KOS- czyli Kolejny Oszałamiający Sukces, oraz 3xK- czyli konsternacja-konstatacja-Kurdę nareszcie 😛

Powrót tym razem najkrótszą drogą, ale i tak udało nam się spóźnić jedną minute na pociąg z Torunia do 3miasta… cóż, jesień… krew wolniej w żyłach krąży, znaki coraz bardziej ograniczają szybkość jazdy, nastrojowa muzyczka… dobrze że idą święta… czas odpocząć… jeszcze tylko trochę popracujemy. Do zobaczenia we Wrocławiu!